Menu główne

Bitcoin

Poszukiwacze skarbów, czyli łowcy kontra naukowcy
Poszukiwacze skarbów, czyli łowcy kontra naukowcy
28.09.2009 Autor: arturo   http://www.tajemniceludzkosci.info

- Inwektywy rzucane pod adresem archeologów to reakcja obronna poszukiwaczy, nazywanych rabusiami i odsądzanych od czci i wiary - mówi Czesław, detektorysta amator. Nie chce występować pod nazwiskiem, bo jako prawnik z zawodu doskonale wie, że od listopada poszukiwania z wykrywaczem są nielegalne. Dlaczego więc łamie prawo? - Bo większość z poszukiwaczy to pasjonaci z własnym kodeksem etycznym - dodaje.
Szukać każdy może

Zawodowi archeolodzy są nieco innego zdania. - Kradzieże zabytków mają historię starą jak świat. Zmieniły się tylko metody - mówi jeden z nich. Dawniej rabusie okradali groby faraonów, w XIX w. na własny koszt przeszukiwali tereny, na których można było znaleźć zabytki, i wywozili je do prywatnych kolekcji. Dziś poszukiwacze wyciągają z ziemi zabytki, posługując się detektorami metali.

Na zachodzie Europy amatorzy "detektoryści" masowo pojawili się w latach 70. i od tego czasu niektóre kraje - m.in. Austria, Dania, Francja, Hiszpania, Irlandia, Niemcy, Szwecja czy Włochy - wprowadziły obostrzenia związane z poszukiwaniami przy pomocy wykrywaczy. Na pewne tereny z wykrywaczami nie wolno wejść, a za wyciąganie zabytków ze stanowisk archeologicznych grozi nawet kara więzienia.

W Polsce długo nikt się tym poważnie nie przejmował, ale sytuacja zmieniła się w latach 90., kiedy sprzęt stał się u nas równie łatwo dostępny jak na Zachodzie. - Profesjonalny detektor kosztuje kilka tysięcy, ale najprostszy można dostać już za kilkaset złotych - mówi Piotr Szymania, który zawodowo zajmuje się tego typu sprzętem. Poszukiwacze zaczęli więc być w Polsce "kłopotliwi", podobnie jak 20 lat temu w innych krajach europejskich.

 

Jak na ryby

Pan Marek, emeryt, prowadzi poszukiwania z wykrywaczem od kilku lat, a wyjazdy w teren traktuje jak pójście na ryby. - Nie wiesz, czy coś znajdziesz, ale ciągle masz nadzieję i adrenalina skacze - opowiada i pokazuje plastikowy pojemnik z metalowymi przedmiotami, które udało mu się dotychczas znaleźć. Są tam monety, guziki, rzeźby ptaków, klamry, broszki, tłoki pieczęci, pierścienie - najstarsze z XVI w.

W środowisku osób posługujących się wykrywaczami są ludzie z różnych światów. Są poszukiwacze niedzielni, jak pan Marek. Ale są też grupy dobrze zorganizowane, złożone z m.in. lekarzy, prawników, biznesmenów, które specjalizują się w poszukiwaniu zabytków. Mają dostęp do bardzo dobrego sprzętu, map, Archeologicznego Zdjęcia Polski (serii zdjęć lotniczych, dzięki którym łatwo zlokalizować stanowiska archeologiczne). Mają doświadczenie, wiedzą czego szukają i dobrze się przy tym bawią.

- Z kolei bezrobotni kupują sprzęt i biegają z nim po poligonach. Szukają metali kolorowych. Mogą mieć z tego nawet kilkaset złotych miesięcznie - opowiada Czesław. - To tzw. złomiarze. Z poszukiwaczami nie mają nic wspólnego - dodaje.

Jedno z głównych środowisk detektorystów tworzą natomiast studenci i młodzi absolwenci archeologii. - Co roku w Polsce kończy studia archeologiczne ponad setka osób, część z nich nie ma pracy, ale ma dostęp do informacji, map i archiwów. To kusi. Myślą "Dlaczego z tego nie skorzystać?" - opowiada Czesław.

Jest jeszcze grupa tzw. młodcyh poszukiwaczy, którzy szukają zwykle zabytków z II wojny. - Znajdą bagnet niemiecki i sprzedają go na Allegro - tłumaczy Czesław.

 

"Zapinki z Polski - tanio sprzedam"

Dokąd trafiają zabytki - militaria, monety, ozdoby, które znajdują poszukiwacze? Na ścianę w domu, do szuflady i na sprzedaż: na jarmarki, giełdy staroci i właśnie do internetowego domu aukcyjnego Allegro. Część na pewno jest wywożona za granicę. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że na aukcjach antykwarycznych w Zachodniej Europie wyznaczone są ceny na zabytkowe "zapinki z Polski".

Skarby monet, dzielone na części, wyprzedawane są stopniowo. - Wystarczy trochę wprawy, by poznać monety ze skarbów. Mają charakterystyczne rysy, które powstają w trakcie oddzielania ich od siebie - mówi Mirosław Andrałojć, poznański archeolog, twórca programu inwentaryzacji skarbów.

W Poznaniu popularna jest giełda w Starej Rzeźni. - Jeżeli facet ma w klaserze jedną, dwie strony takich samych monet na sprzedaż, to wiadomo, że znalazł jakiś skarb - mówi Czesław.

 

Chłop Rzymianom nie przepuści

Zgodnie z polskim prawem obiekty znalezione przez poszukiwaczy są własnością państwa, także te znalezione na własnej działce. Ale dziś bardzo rzadko zgłasza się ktoś ze swoim trofeum do muzeum czy konserwatora. Dlaczego?

- Zgłoszenie znaleziska może skończyć się postępowaniem prokuratorskim, nalotem na mieszkanie i nieprzyjemnościami - mówi Andrzej, młody detektorysta z Wielkopolski. - Choć z punktu widzenia etyki działalność osoby wyprzedającej po "kawałku" skarb jest naganna, to mimo wszystko racjonalna - dodaje. - Nie wolno szukać, nie wolno znajdować, nie wolno sprzedawać. Więc sprzedaje pojedynczo!

Na stronie firmy Armand, która produkuje detektory własnej konstrukcji, opisany został wypadek rolnika ze wsi Mokra k. Częstochowy, który odnalazł na pobojowisku z 1939 r. cmentarzysko z czasów rzymskich. Wykopalisko przejęli archeolodzy. Odkrywca otrzymał... karę grzywny i wyrok aresztu w zawieszeniu. - Ten chłop był półanalfabetą i w ogóle nie miał pojęcia, że znalazł cmentarzysko i nie powinien tam kopać! - opowiada Czesław, który dobrze zna sprawę. - Trudno wymagać od naszego niedoedukowanego społeczeństwa, że będzie się znało na archeologii. A przypadkowy znalazca nie odda znaleziska, bo jedyne, co go spotka, to poważne kłopoty. I dodatkowo pogarda znajomków ze wsi: "głupi, oddał za dyplom, a mógł sobie fiata kupić!".

 

Dziura w stogu prawa

Tymaczem w listopadzie ubiegłego roku weszła w życie w Polsce ustawa, która ma jeszcze bardziej utrudnić życie poszukiwaczom - w ogóle zakazuje im prowadzenia poszukiwań z wykrywaczem metalu bez specjalnego zezwolenia. Ma to zapobiec niszczeniu stanowisk archeologicznych.

- Ten przepis pozostanie martwy i świadczy o braku znajomości realiów - twierdzi jeden z detektorystów. - Jest nas zbyt wielu, żeby dało się go wyegzekwować i zakazać poszukiwań.

"Gazeta" pisała rok temu o poszukiwaczach, którzy w poznańskich fortach kopią nawet specjalne korytarze, by znaleźć militaria. - Wiemy, że na terenie poznańskich fortów są prowadzone poszukiwania z wykrywaczami metalu. Problem istnieje, choć nie zetknęliśmy się z nim bezpośrednio - mówi Przemysław Piwecki, rzecznik poznańskiej straży miejskiej. Dlaczego strażnicy "nie zetknęli się z problemem bezpośrednio"? - Nie jesteśmy w stanie obstawić wszystkich fortów - wyjaśnia Piwecki.

- Ściganie detektorystów jest w tej chwili w Polsce nierealne, nie tylko ze względów finansowych - tłumaczy Czesław. - Poszukiwacze rekrutują się m.in. spośród ludzi, którzy mają dostęp do superprofesjonalnego sprzętu i map. - Policjanci? - pytam. Odpowiedzią jest śmiech.

 

Będzie szara strefa

- Poszukiwacze zejdą teraz do podziemia, a konspiracja będzie wielką paranoją, zarówno dla nich samych, jak i dla autorów niedorzecznych przepisów prawnych - komentuje Adam Wojcieszonek z Pomorskiego Klubu Eksploracyjnego. Jeszcze niedawno w internecie można było znaleźć praktyczne wskazówki tłumaczące, gdzie szukać, jak szukać, jak i skąd gromadzić informacje o stanowiskach archeologicznych, które mogą się okazać ciekawe. Od listopada - poznikały. Grupa poszukiwaczy z Poznania przed wejściem ustawy oficjalnie opisywała w internecie swoje poszukiwania. Teraz na ich stronie można znaleźć taki komentarz: "Dzięki nowym przepisom dotyczącym poszukiwań zmieniło się w naszym gronie tylko jedno - teraz będziemy działali całkowicie nieoficjalnie, nie pisząc nigdzie o tym ani nie informując nikogo".

- Wielka szkoda. Bo w nauce liczy się informacja. Sankcje zepchnęły poszukiwaczy do podziemia. Ale to oznacza, że nie dowiemy się niczego o zabytkach, które znajdują - tłumaczy Andrałojć, który sam posługuje się detektorem metalu. - Wykrywacze nie są same w sobie czymś złym. To jest narzędzie, z którego można korzystać w dobrym lub złym celu. Nożem też się można zranić, ale nikt nie zakazuje cięcia nim chleba - komentuje. Polska ołowiana pieczęć prawdopodobnie z XI w. - duży zawodowy sukces Mirosława i Małgorzaty Andrałojć - został przez nich znaleziony w okolicach Jeziora Lednickiego właśnie przy pomocy wykrywacza.

 

Karać czy rozmawiać?

Na razie wszyscy nabrali wody w usta i czekają. - Ustawa jest próbą dojścia do porozumienia z ludźmi, którzy chodzą z wykrywaczami metalu - podkreśla Mirosława Dernoga, kierownik Wydziału Archeologii Wojewódzkiej Służby Ochrony Zabytków.

- Trudno dojść do porozumienia z osobą, która najpierw nazywa mnie przestępcą, grozi mi sankcjami, a potem mówi "porozumiejmy się" - komentuje Czesław. - Problemu nie zlikwiduje się restrykcyjną ustawą, ograniczającą prawa zwykłego obywatela hobbysty. Należy się zastanowić raczej, jak ścigać rabusiów - dodaje.

Wielu archeologów rzeczywiście uważa poszukiwaczy za przestępców. - Używanie wykrywacza metalu, by znaleźć zabytek i wyciągnąć go z ziemi, to metoda rodem z XIX w. Jeżeli nie idą za tym badania naukowe, to po prostu niszczenie stanowiska - komentuje jeden z nich. - Archeolodzy posługują się detektorami jako jednym z narzędzi. Ale jeśli wykrywacz ma być jedynym narzędziem, to jego stosowanie należy zwalczać. Dlatego jestem przeciwny jakiejkolwiek współpracy z detektorystami amatorami - dodaje.

 

Czego etyka nie pozwala tykać

Poznańska grupa poszukiwaczy na stronie internetowej też jasno określiła swoje stanowisko wobec archeologów: "O eksploracji stanowisk archeologicznych nie będziemy więcej pisać. Ten proceder za bardzo się opłaca, żeby wam - archeologom od siedmiu boleści - dawać nowe źródła informacji i uczyć was, czego i gdzie należy szukać". I dalej: "Jest jeszcze wiele stanowisk archeologicznych, które według nas godne są zbadania, ale jak mamy tam dopuścić archeologów złodziei, to wolimy sami tymi miejscami po cichu się zająć".

- To rabusie - oburza się pan Marek. - Honorowy detektorysta stanowisk nie tyka - tłumaczy. Ma swoją prywatną etykę. Nie tylko nie szuka na stanowiskach archeologicznych, ale kiedy coś znajdzie, wykopuje małą dziurę, którą potem zasypuje. Co robi ze znaleziskami? - Nigdy niczego nie sprzedałem, ale też nie oddałem. Gdybym oddał do muzeum, i tak leżałoby w magazynie - tlumaczy. - Zresztą skarby, które podobno znajdują poszukiwacze, to mity - mówi.

- Mity? - ironicznie uśmiecha się znajomy archeolog. - W okresie międzywojennym zgłaszano sporo skarbów do muzeów. W ostatnich latach liczba takich informacji zmalała niemal do zera. Czy to znaczy, że skarby się skończyły? Wątpię.

Imiona detektorystów zostały zmienione.źródło gazeta.pl

Źródło: Tajemnice Ludzkości ( http://www.tajemniceludzkosci.info/news.php?extend.309 )

 


Witaj

Online

Licznik

Bunkry dla bunkrowców !

Niniejsza strona internetowa przedstawia opisy miejsc trudnodostępnych i w większości przypadków niebezpiecznych , których zwiedzanie bez należytego przygotowania technicznego oraz wiedzy moze spowodować wypadek lub trwałe kalectwo.

Publikowanie zdjęć oraz artykułów umieszczonych w tym serwisie tylko za zgodą autora.

© Adam Wojcieszonek - Gdynia 2002-2017