Menu główne

Bitcoin

Szwajcarski ser czyli poszukiwanie dziury w całym...
omen, poniedziałek 08 lutego 2010



Szwajcarski ser czyli poszukiwanie dziury w całym...


title.jpg


Ta wyprawa już od pierwszych chwil , aż do samego końca stanowiła i do dziś stanowi dla mnie wielką zagadkę . Co chwilę zadaje sobie te same pytania z serii "dla czego ...?"

Było już późno. Śmigaliśmy terenowym autem Łukasza gdzieś w stronę Górnego Śląska a dokładniej Bytomia. Siedziałem na przednim siedzeniu spięty i zdenerwowany już od momentu kiedy wyruszyliśmy. Wyprawa miała charakter naprawdę nietypowy. Skład naszej ekipy również był nieco inny niż zwykle. Siedziałem sztywno wodząc tylko niekiedy wzrokiem po okolicach drogi , którą się przemieszczaliśmy. Mimo iż mijaliśmy po wiele ciekawych budowli i miejsc godnych uwagi - bałem się odwrócić głowę w ich stronę. Aż do samego Bytomia byłem "na muszce". Obserwował mnie ogromny , siedzący tuż za mną pies czyhający niecierpliwie aż wykonam jakiś ruch. Przez całą drogę czułem na sobie jego wzrok a dobiegający co chwilę odgłos sapania wyzwalał u mnie bardzo negatywne emocje. Pies tylko czekał na mój chociażby jeden nieskoordynowany ruch. W każdej chwili mógł odgryźć mi ramię albo uszkodzić bark więc wolałem siedzieć spokojnie aby nie prowokować agresji , którą nie raz dostrzegałem w jego oczach.

Do Bytomia dojechaliśmy około 1 w nocy. Jaki był cel naszej wyprawy ?

 
Dowiedziałem się niedawno iż jest w Polsce miejsce , które posiada 100-krotnie więcej dziur od szwajcarskiego sera. Informacja ta przez ostatnie 2 miesiące nie pozwalała mi zmrużyć oka w nocy. Wciąż zastanawiałem się jak to możliwe że w regionie kraju , w którym sera już się nie produkuje i właściwie nie produkowało istnieją same tylko dziury. To właśnie przyjechaliśmy sprawdzić. Był to jedyny cel naszej wyprawy. Do dyspozycji mieliśmy cały teren i w tym całym postanowiliśmy wyszukać najmniejsze tylko dziury aby potwierdzić lub nie nasze przypuszczenia.
Część ekipy aby zabezpieczyć nasz odwrót w przypadku przejedzenia lub wprost otrucia serem zakwaterowała się w hotelu. Tam też został ów straszny zwierz czyhający na moje życie. I wtedy dopiero poczułem się wolny ! "Wolny" byłem również z innego powodu - ze zmęczenia. Moja powolność i ociężałe ruchy budziły we mnie co chwilę uczucie obojętności wobec szczytnego celu naszej wyprawy.
Była już noc lecz aby nie tracić czasu udaliśmy się do najbliższego punktu , gdzie znaleźć można było człowieka co o serze wiedział chyba najwięcej . Na początek dostaliśmy do posmakowania Goudę , Morski , Żuławski i Tarnogórski. Pierwsze trzy odpadły już w przedbiegach gdyż dziur nie miały prawie żadnych. Tarnogórski wydał się nieco interesujący . W jego górnej części widniał niewielki otwór . Otwór jak się później okazało - będący bramą wstępu do ogromnego labiryntu dziur których nie było widać z zewnątrz.

ser1.jpgser1a.jpg
Ruszyliśmy zgodnie szybkim krokiem nie bacząc na ogarniające nas wciąż zmęczenie.
I od tego wszystko się zaczęło.

Znaleźliśmy się w wielkiej , przestrzennej sali podpartej w niektórych miejscach stemplami. Panował tu zimny i wilgotny jak na ser przystało klimat . Byliśmy dumni z tego że udało się nam tu dotrzeć , lecz coś nam jednak nie pasowało - coś było nie tak.
To było światło ! Tak - właśnie światło. Wnętrza naszych plecaków wypełnione były różnymi źródłami oświetlenia. Podstawowymi , zapasowymi , elektrycznymi oraz gazowymi. A tu się okazało że światło jest na miejscu i świeci. Staliśmy tak przez chwilkę spoglądając na siebie dziwnym podejrzliwym wzrokiem. Na wprost salki w której się znajdowaliśmy czernił się otwór jakiejś nieznanej czeluści . W pierwszej kolejności postanowiliśmy zbadać właśnie to miejsce. Dziura była mała , niska i niewygodna do przemieszczania. Marsz odbywał się na 3 różne sposoby. Z głową pochyloną do przodu , z głową pochyloną w prawo oraz z głową pochyloną w lewo. Nie były dozwolone żadne inne pozycje . Pomyślałem sobie wtedy że jak to na ser szwajcarski przystało dziur powinno być bardzo dużo a tu ot taka mała wąska szczelina. Poszliśmy dalej , lecz już po 15 minutach marszu stwierdziliśmy że tej nocy nie uda nam się ogarnąć wszystkich tarnogórskich dziur. Poszliśmy więc spać.

ser2.jpgser2am.jpg
Kapała woda. Obudziłem się zapłakany w całkowitych ciemnościach zastanawiając się co się dzieje. Krople wody uderzały głośnym dźwiękiem w coś twardego. Kapało mi prosto do lewego oka. Zmieniłem więc nieco swoje położenie i z uśmiechem na ustach , którego nikt nie był w stanie dostrzec w tej czarnej dziurze w jakiej się znajdowaliśmy znów postanowiłem zasnąć. Chlupot wody jednak nie ustał. Wciąż kapało.... Zastanowiłem się chwilkę .... Skoro nie kapie już do mojego oka , ani do śpiwora w którym spałem to gdzie ??? Zapaliłem latarkę i wszystko stało się jasne. Wodospad kropelek wody spadał niczym grad na śpiącego koło mnie Łukasza. Obydwaj spaliśmy właściwie jak pod prysznicem. Najlepsze miejsce - bo oddalone o parę metrów od kapiącej wody wybrał Kazik. Następnego dnia Łukasz chodził jakiś podenerwowany. Co chwile łapał za telefon.....

Domyślałem się , że sypia bardzo źle :-(

Nasza eksploracyjna przygoda rozpoczęła się od rekonesansu do dziur usytuowanych w pobliżu bazy biwakowej. Jako doświadczeni degustatorzy różnego rodzaju serów nikt z nas nie przypuszczał , że właśnie ten będzie płatał nam takie figle. Byliśmy w niewielkiej salce z otworem w ziemi - daleko od domu , daleko od wyjścia i daleko od świata rzeczywistości. Ilość dziur i korytarzy na początku wydała nam się dosyć imponująca. Najpierw poszliśmy więc w lewo . Marsz trwał około pół godziny , kiedy po tym czasie idąc cały czas "prawie" na wprost ponownie znaleźliśmy się w punkcie wyjścia - w małej salce z otworem w ziemi do złudzenia przypominającą studnię. Nieco zaskoczeni takim obrotem spraw udaliśmy się tym razem na wprost. Tu już sytuacja była inna. Dziura była tak niska i ciasna że trudne i niebezpieczne było przeciskanie się nią dalej. Zawróciliśmy wybierając ostatni pozostały nam kierunek - w prawo. Tym razem temperatura eksploracyjnych emocji podskoczyła dosyć znacznie, kiedy to ilość korytarzy i zwiększyła się nieoczekiwanie. Chodziliśmy w prawo , w lewo , prosto , do tyłu , potem znów do przodu ... znów w prawo i tak po 1,5 godzinnym spacerze znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia - znanej nam doskonale salce ze studnią. Czuliśmy jednak wszyscy , że prawdziwa tajemnica wisi nad nami i czai się gdzieś w otchłani wąskich i ciasnych otworów.

8m.jpgNagle jakby mało było dziwnych i niewytłumaczalnych w żaden sposób ciągów zdarzeń stała się rzecz niesłychana - zadzwonił telefon !
Stanęliśmy niczym słupy soli z zaskoczenia. Byłem najbliżej aparatu więc powolnym i ostrożnym ruchem wyciągnąłem rękę i chwyciłem za słuchawkę. Głos wydał mi się dziwny ale jednocześnie znajomy. To nasz przewodnik - specjalista w dziedzinie badanego akurat gatunku sera postanowił sprawdzić jak nam się wiedzie. Żyjecie ? - żyjemy odpowiedziałem. Konsumujecie ? - konsumujemy . Na pytanie czy wyjdziecie sami odpowiedziałem również twierdząco.
Hmmm.... w takim miejscu telefon.....
Dzień zbliżał się do końca. Kazik jako pierwszy wysunął bardzo śmiałą teorię iż to co mieliśmy już zobaczyć to zobaczyliśmy a teraz ponieważ nic więcej tu nie ma - powinniśmy wracać. Chyba wszyscy byliśmy trochę podenerwowali splotem dziwnych , następujących po sobie zdarzeń. Kolejnego dnia emocje Łukasza sięgnęły zenitu. Po krótkiej naradzie telefonicznej, późną obiadową porą postanowił zgotować nam na obiad olbrzymiego kalafiora. Zastanawialiśmy się z Kazikiem co robić. Po tak obfitym posiłku nie byłoby mowy o powrocie do dziury ! Wszystko jednak wskazywało na to że na tej wyprawie umrzemy z przejedzenia a co za tym idzie ,umrze i sama wyprawa. Ciężkostrawny posiłek był już bardzo blisko kiedy przyszła nam na pomoc druga część ekipy rezydująca w hotelu. Zaczęła się wymiana poglądów kulinarnych . Jak wiadomo każdy lubi dobrze zjeść , ale tak ogromna ilość kalafiora mogła naprawdę poważnie zaszkodzić nam wszystkim. Odsiecz przybyła w porę. Wynikiem prawie 3 godzinnej debaty było ustalenie innego - rozsądniejszego menu na najbliższe 2 dni.
Po tym wszystkim wróciliśmy do dziury jak nowo narodzeni , z nowymi pomysłami i nowymi informacjami o ciekawym miejscach które miały się znajdować gdzieś tam głęboko .....


1m.jpg4m.jpg


Następnego dnia było jak w wojsku. Wstaliśmy coś około 6 rano. Krótka , poranna zaprawa , szybkie "siusiu" i 10- minutowe śniadanie prawie z zegarkiem w ręku. Razem minęło niecałe 40 minut i byliśmy gotowi do wymarszu. Tym razem jednak przemieszczane się było trudniejsze. Dźwigaliśmy pontony , liny i mnóstwo bardziej lub mniej potrzebnego żelastwa. Przemieszczaliśmy się bardzo wąskimi korytarzykami. Niekiedy była tak ciasno , że marsz odbywał się na kolanach. Gdzieniegdzie woda wlewała nam się do gumowych butów. Chwilami idąc przodem słyszałem głuche stuknięcia kasków o kamienne stropy chodników. Przemieszczaliśmy się długo ale czasu nikt tak naprawdę nie liczył. Mijaliśmy dziury bardziej i mniej obiecujące. W końcu trafiliśmy do największej. Największa wymusiła na nas zainstalowanie stanowiska zjazdowego i zjazd na linie do niższych partii. Na dole panował złowrogi klimat.
9m.jpgPadał deszcz a wilgotne powietrze wróżyło szybką zmianę pogody. Na dole w niewielkiej przystani otoczonej zewsząd zalanymi chodnikami zastaliśmy 2 zacumowane gumowe łodzie gotowe w każdej chwili do wypłynięcia. Obok był również plażowy materac , mokra gąbka , 1 stara skarpeta oraz na wpół zgniłe dżinsy.
Pierwsze rozpoznanie terenu wykonałem na gumowej łodzi. Kiedy Kazik z Łukaszem znaleźli się na dole - w dalszą trasę wybraliśmy się już pontonem. Kazik - jako człowiek z nad morza preferował jednak sprzęt plażowy więc początkowo przemieszczał się na gumowym kole.
Potem płynęliśmy już wszyscy w pontonie. Odpychaliśmy się od bocznych ścian gdyż nie było możliwości wiosłowania. Po drodze każdy z nas myślał o czymś innym. Każdy funkcjonował inaczej. Wymiana poglądów i spostrzeżeń o tym co i kto widział miała właściwie miejsce dopiero pół roku później. Przemieszczaliśmy się w pontonie początkowo wyprostowani niczym pasażerowie autobusu. Potem kiedy wody było więcej płynęliśmy mocno pochyleni na boki. Później kiedy odległość stropu od burty pontonu wynosiła już zaledwie 30-40 cm rozpoczęła się wielka gala pokazów gimnastycznych mająca na celu takie ułożenie swojego ciała aby w jak najmniejszym stopniu wystawało z pontonu. Początkowo była to niezła zabawa.

6m.jpg2m.jpg

Nie jeden joga wysiadłby z nami już w przedbiegach. Płynęliśmy powoli przemieszczając się dosłownie centymetr po centymetrze. Nogi wciąż drętwiały. Wykonywanie ruchów głową przestało być już możliwe. Ręce wysuwaliśmy tylko na odległość 20 cm aby odpychać się dalej od ścian. Korytarz był wciąż węższy i niszy ale my nie mieliśmy zamiaru łatwo się poddać. Płynęliśmy aż chwilami nasze nosy , policzki i głowy ocierały o ostre krawędzie skalnego korytarza. Było coraz trudniej ale ciekawość mająca pokazać co jest na końcu tunelu była od nas silniejsza. Wciąż płynęliśmy jęcząc chwilami z powodu drętwienia nóg i rąk. Nagle ktoś krzyknął głośno "KURWA WRACAJMY ! DO CH...". W prawie całkowitych ciemnościach trudno było ustalić kto wydał ten okrzyk. Może to nawet byłem ja .... Pontonu nie można już było odwrócić. Zmienili się więc dowódcy przy sterach. Zwykły marynarz rezydujący na końcu łodzi stał się kapitanem a dotychczasowy kapitan zamilkł na długo po swojej degradacji. Płynęliśmy w przeciwną stronę klnąc coraz bardziej kiedy zdrętwiałe nogi coraz trudniej było wyprostować.
5m.jpg W końcu uciekliśmy z tego piekła. Każdy odetchnął z ulgą.... Dwugodzinne manewry w ciasnych korytarzach wzbudzały w nas narastające uczucie głodu. Czasu , którego nikt nie liczył od samego rana. Powrót trwał 2 razy dłużej niż dotarcie do miejsca gdzie płynęliśmy pontonem. Kiedy po długim marszu i powrocie do bazy okazało się że jest prawie 23 w nocy to nikt początkowo nie mógł uwierzyć. Na środku sali paliła się świeczka. Obok leżała lekko przybrudzona biała kartka z następującą informacją : "PROSŻĘ O PILNY KONTAKT !!! JEŻELI SIĘ NIE ODEZWIECIE DO RANA ROZPOCZYNAMY AKCJĘ RATUNKOWĄ". Stanęliśmy jak wryci z zaskoczenia. Nikt nie zwracał uwagi na upływający bardzo szybko czas. Niezbyt precyzyjnie określiliśmy naszemu przewodnikowi termin wyjścia z dziury. Strach spojrzał nam w oczy. Co teraz będzie. Prawie wyszliśmy z dziury a teraz ktoś zacznie nas ratować. Nie minęła nawet minuta jak usłyszeliśmy metaliczny dźwięk otwierania ogromnych stalowych wrót. Przekleństwa leciały na nas już z daleka. Nie było rozsądne z naszej strony niepowiadomienie naszego przewodnika o terminie wyjścia. Udało nam się jakoś załagodzić sprawę. Przemoczeni , zmęczeni i głodni ledwo wykrzesaliśmy resztki sił aby przyrządzić posiłek. Kolejnego dnia z dziury wyszliśmy.
Powrót do domu jest jak zawsze najgorszy i najmniej przyjemny - lepiej jednak bezpiecznie wracać niż nie wrócić. I taki był koniec naszej wyprawy. Zbadaliśmy bardzo niewielką część serowych dziur. Może była to 1/100 całości , może mniej. Niektórzy starzy wyjadacze mówią że jest ich ponad 300km. Ale ja nie wierzę bo jak w jednym malutkim kawałeczku smacznego serka może być tak wiele dziur. Następnego dnia się obudziłem i poszedłem do pracy jak gdyby nigdy nic.

7m.jpg


10m.jpg
 



 Wszelkie podobieństwa miejsc oraz osób występujących w powyższym opisie z pewnością są przypadkowe. Adam Wojcieszonek adam@eksploracja.org.pl






Witaj

Online

Licznik

Bunkry dla bunkrowców !

Niniejsza strona internetowa przedstawia opisy miejsc trudnodostępnych i w większości przypadków niebezpiecznych , których zwiedzanie bez należytego przygotowania technicznego oraz wiedzy moze spowodować wypadek lub trwałe kalectwo.

Publikowanie zdjęć oraz artykułów umieszczonych w tym serwisie tylko za zgodą autora.

© Adam Wojcieszonek - Gdynia 2002-2017