ZLATE HORY - ZALESI 22-25.11.07

 

 


Miejsce akcji:

1: nieczynne wyrobiska górnicze masywu Żebraczki koło Zlatych Hor
2: nieczynna kopalnia uranu w miejscowości Zalesi koło Javornika

Uczestnicy wyprawy : Łukasz Bieleń (Warszawa) , Maciej Pawełczyk (Sosnowiec) , Krzysztof Moraczewski (Szczecin) , Grzegorz Januszkiewicz (Olsztyn) , Wojtek Kuczok (Chorzów) , Jarek Surmacz (Jaworzno) , Adam Wojcieszonek (Gdynia)

Cel wyprawy:
Celem eksploracji było określenie drożności systemu chodników łączących główne komory wydobywcze kopalni oraz dotarcie do najniżej położonych partii systemu. W przypadku kopalni uranu w Zalesiu postawiliśmy sobie za główny cel dotarcie do jednej z największych komór wydobywczych o nazwie GABOR oraz stworzenie dokumentacji fotograficznej tego miejsca.

 

Oblicze "Żebraczki"

Do Zlatych Hor dojechaliśmy w 3-osobowym składzie . Tradycyjnie już ,obładowani bardziej lub mniej potrzebnym sprzętem przekroczyliśmy czeską granicę około godziny 24-tej .Pograniczników bardziej interesowało to , co wieziemy w 2 olbrzymich worach na dachu samochodu, niż nasze dokumenty czy cel "wycieczki". Na szczęście nie kazali nam pokazywać tajemniczej ów zawartości bagażu. Po kolejnym półgodzinnym odcinku trasy znaleźliśmy się już w pobliżu gigantycznego zapadliska Żebraczki . Pozostała część ekipy miała dojechać w piątek rano, więc postanowiliśmy założyć bazę biwakową w lesie i przespać się do czasu rozpoczęcia akcji.
Ciężko było zasnąć zdając sobie sprawę z tego, że gdzieś tam głęboko pod nami znajduje się gigantyczny labirynt podziemnych chodników - pewnie nie do końca zbadanych od czasu, kiedy w kopalni zaprzestano wydobycia - czyli paredziesiąt lat temu. Podziemny świat - to jest to , co jednych intryguje , innych pobudza do życia i jeszcze innym nie pozwala zasnąć . Rano obudziły nas promienie słońca przeplatane przenikliwym , zimnym wiatrem utrudniającym rozpalenie "prymusów" ;-) Tematem numer jeden było to, czy Łukasz wraz z pozostałą częścią grupy spóźni się godzinę , dwie , dzień.... Mowa o spóźnieniu wywoływała u każdego z nas uśmiech na twarzy tak, jak gdyby sprawa była od początku przesądzona. W końcu dojechali .... "tylko" półtorej godziny obsuwy czasowej, więc nie było aż tak źle. Uzasadnione problemy techniczne związane z .....

Zapadlisko Żebraczki powstało w wyniku obwalenia się gigantycznej komory wydobywczej. Długość jego przekracza 100m, a głębokość zbliżona jest do około 70-80m. Wewnątrz w górnych partiach widoczne są wloty zsypów urobkowych oraz fragmenty chodników komunikacyjnych . Dolne partie zapadliska składają się z licznych obwałów ziemnych, skalnych oraz namulisk wypełniających dno wyrobiska. W skrajnych partiach byłej komory wydobywczej znajdują się ukryte za szczelnymi tamami wejścia do wyrobisk. Ponieważ wstępne rozpoznanie tego obiektu miało już miejsce kilka tygodni wcześniej , ustaliliśmy że poświęcimy 1 dzień na zbadanie chodników oraz komór do których wejście znajdowało się w lewym końcu zapadliska a kolejny dzień na eksplorowanie głębszych partii kopalni, do których wejście znajdowało się z prawej części Żebraczki.
Drobne kłopoty zaczęły się już podczas samego forsowania tamy. Okazało się, że nie wszyscy się zmieszczą wąską i ciasną szczeliną . Problem pokonaliśmy jednak w prosty sposób poprzez zamontowanie stanowiska zjazdowego w jednym z chodników górnej części komory. Umożliwiło to wejście pozostałym członkom grupy po linie bezpośrednio do chodnika ,wspinając się po pionowej ścianie komory na wysokość 15-20m.

Przedsięwzięcie zajęło ponad 1,5 godziny. W tym czasie Maciek zaporęczował szyb drabinowy prowadzący w dół drewnianą klatką schodową do kolejnych komór wydobywczych.

Stan techniczny szybu drabinowego był nie najgorszy. Gdzieniegdzie brakowało szczebli , wiszące "na niczym" poręcze i niektóre drabiny sprawiały, że poruszanie się w dół zajmowało sporo czasu. W końcu dotarliśmy do dna. Nie był to najniżej położony punkt klatki schodowej, lecz najniższy DOSTĘPNY punkt. Dalsza część szybu wypełniona była gruzem skalnym , drewnianymi belkami oraz połamanymi drabinami. Znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu przypominającym trochę balkon, z którego rozpościerał się widok na ogromną komorę. Właściwie trudno tu pisać, że był tam jakikolwiek "widok". Komora była jedną wielką czarną dziurą, której nie były w stanie rozświetlić nawet nasze 150 watowe halogeny. Światła latarek nie docierały do stropu komory ani do skrajnych ścian otchłani. Ogromna przestrzeń robiła niesamowite wrażenie. Piekielna czeluść nie chciała zbyt łatwo odkryć swoich tajemnic.
Z balkonu zjechaliśmy na dno komory . Zaskoczeniem dla wszystkich było odkrycie kolejnej "czarnej dziury" która zlokalizowana była w dnie tej , w której obecnie się znajdowaliśmy. Co do głębokości... hmm... trudno tu o niej mówić nie widząc niczego ani nie dysponując szczegółowymi planami górniczymi, więc aby oszacować głębokość zrzucaliśmy na dół kamienie. Łukasz stwierdził tylko, że zanim kamień opadnie na dno komory to można w tym czasie zdążyć wypić kawę ;-)
Znajdowaliśmy się więc po środku piekielnej otchłani.

Odległości do stropu czy dna komór były trudne do oszacowania. Przemieszczaliśmy się po gruzowisku i graniach powstałych w wyniku odrywania się bloków skalnych ze ścian i stropu. To było naprawdę ciekawe doświadczenie. Droga powrotna wydawała się być prostsza. Najpierw po linie do góry na balkon skalny a potem szybem drabinowym z asekuracją liny do góry około 20-25m.
Wychodziliśmy pojedynczo , każdy czekał na swoją kolejkę. Przede mną wychodził Grześ. Stałem już na dole przygotowany do wpięcia się w linę. Nagle usłyszeliśmy potworny dźwięk przypominający oberwanie się jakiegoś gigantycznego kamienia, który lecąc na dół niszczył i łamał wszystko, co miał na swojej drodze. W mgnieniu oka odskoczyłem na bok . Cała sytuacja trwała ułamki sekund. Nikt nie zdążył nawet krzyknąć niczego w stylu "uwaga" bo coś spada. Zaraz nasunęły mi się dziwne myśli, czy aby na pewno damy radę wyjść po drabinach i czy cokolwiek jeszcze z nich zostało. W natłoku takich i innych myśli usłyszałem z góry komendę informującą o tym , że lina jest wolna i można wychodzić do góry. Strach było po tym wszystkim podejść do szybu. Wpiąłem się do liny i ruszyłem do góry. Pierwsza drabina była cała , kolejna też , następne również. Kiedy doszedłem na górę i zapytałem co się, k..., stało? i usłyszałem komentarz Grzesia, że w sumie NIC - tylko zahaczył lekko o barierkę ;-) No cóż....
Na dnie zapadliska Żebraczki znaleźliśmy się około 21-szej. Mgła była tak gęsta, że nie widać było przeciwległych ścian komory. Rozpoczęliśmy wdrapywanie się do góry. Z krawędzi zapadliska wciąż obsypywał się na dół piach , gruz skalny i kamienie różnej wielkości, więc wyjście trwało stosunkowo krótko. Każdy przebiegał pod strefą bezpośredniego zagrożenia i po ścianach zapadliska wspinał się do góry. Na górze byliśmy około 22-giej.
Według wcześniejszych założeń wszyscy zdecydowaliśmy się spać w schronisku. Organizowanie bazy biwakowej w kopalni byłoby bardzo uciążliwe ze względu na konieczność pokonywania ciasnych tam. To właściwie był nasz pierwszy nocleg w schronisku od paru lat. Zazwyczaj dla zaoszczędzenia czasu i samej przyjemności staramy się organizować biwaki pod ziemią !

Dojechaliśmy do schroniska położonego "w Zonie ", w centrum Zlatych Hor. Noclegownia przypominała czasy wczesnej "komuny". Na korytarzu śmierdziało wybijającym szambem a schody skrzypiały podczas chodzenia tak, jak gdyby miały się w każdej chwili zarwać. Mieliśmy jednak do dyspozycji łazienki , prysznice i dobrze wyposażoną kuchnię, co było niewątpliwie olbrzymią zaletą. Kolejnym punktem programu była wizyta w miasteczku. Wybraliśmy się do knajpki w celu skonsumowania czegoś.... hmm... właściwie czegokolwiek po całym dniu łażenia po dziurach. Usiedliśmy wygodnie przy dwóch stolikach podśmiewając się jednocześnie z dyskusji dwóch Czechów siedzących przy barze. Czeski język jest niesamowity. Po chwili podeszła kelnerka . Na pytanie Łukasza o to czy jest może UTOPENEC odparła "ne ma", więc zamówiliśmy pizzę i browar.
Następnego dnia rano odwiedził nas kolega - Milan Janata - autor opracowania "Javornicky Uran" poruszającego tematy historii kopalń w Zalesiu. Milan oprowadził nas po okolicznych wyrobiskach Zlatych Hor , opowiadając o ich historii , przeznaczeniu i stanie zaawansowania eksploracji niektórych z nich. Obejrzeliśmy zapadliska i wloty sztolni takich kopalń jak Altenberg, Maria Pomocna , Alt Hackelberg i kilku innych .
Kolejnym punktem programu było dotarcie do niżej położonych części wyrobisk zapadliska Żebraczki. Około godziny trwało znalezienie drożnego wejścia do chodników. Droga wiodła granią usytuowaną pomiędzy dwoma położonymi 10-15m niżej zapadliskami . W końcu dotarliśmy do otwartej tamy, za którą widoczne już były główne ciągi komunikacyjne kopalni.

Ruszyliśmy w dół połączonym ze sobą systemem 8-miu sztolni upadowych ponad 2-metrowej wysokości ,przypominających klatkę schodową dla ciągników z urobkiem. Po około 20-tu minutach marszu dotarliśmy na dół do miejsca , gdzie namulisko wypełniało 3/4 wysokości chodnika i kolejny odcinek trzeba było pokonywać prawie czołgając się. Po przejściu namuliska naszym oczom ukazał się długi , zalany chodnik . Nie mieliśmy pontonu. Poziom wody przewyższał 1 metr, więc nie było mowy o przejściu tego odcinka suchą nogą. Wszyscy stwierdziliśmy jednogłośnie, że bez pontonu nie mamy szans na sforsowane tego odcinka. Potrzebowaliśmy pontonu ! Nikomu nie chciało się za bardzo śmigać upadowymi do samej góry i wracać do samochodów po "środki pływające". Lenistwo , czy po prostu zmęczenie.... nie wiadomo. Z pierwszą propozycją rozwiązania tego problemu wyszedł natychmiast Maciek, stwierdzając że po ponton powinny pójść "JAKIEŚ OSOBY" ;-) wszyscy przytakiwaliśmy po kolei ... Problemem było to, że oprócz naszej grupy nie było tu żadnych innych osób. W końcu po krótkiej naradzie i dobrowolnym wystąpieniu ochotników został oddelegowany na górę patrol składający się z dwóch śmiałków, którzy mieli przynieść gumowy statek ratujący dalszą cześć wyprawy.
Czas strasznie się nam dłużył. Robiliśmy zdjęcia ,włóczyliśmy się bez celu i gadaliśmy o pierdołach.
W końcu ponton dotarł. Nadmuchaliśmy go migiem , po czym ruszył pierwszy transport w głąb zalanego chodnika. Kursowaliśmy trzy razy, mijając po drodze miejsca , gdzie drewniano - metalowa obudowa chodników wisząca ledwo na zakotwionych szpilkach mogła spaść nam na głowę od dotknięcia ręką czy samego tylko kichnięcia. Po drugiej stronie znajdowały się suche chodniki. Potem znowu woda , potem sucho i tak w kółko. Tam gdzie było to możliwe - Łukasz dysponujący wyższymi kaloszami przenosił nas przez zalane części chodników . Następnego dnia ta praktyka miała swój tragiczny finał ale o tym później...

Pod ziemią często trafia się na dziwne miejsca o nieznanym przeznaczeniu , znajduje się dziwne przedmioty czy też uczestniczy w sytuacjach, które trudno jest wyjaśnić. Podczas naszej wędrówki wewnątrz góry natrafiliśmy na prymitywnie zorganizowane legowisko. Miejsce gdzie ktoś , kiedyś biwakował albo też spał . Rozłożone przy tamie deski nakryte prześcieradłem i pozostawione obok tenisówki wskazywały na to, że ktoś tu był przed nami i stacjonował w tym miejscu dłużej. Czyżby ktoś zgubił drogę w labiryncie podziemnych chodników ? Droga do wyjścia była tylko jedna i zajmowała około godziny. Kto więc zapuścił się tu tak daleko i zdecydował się "zamieszkać" w takim miejscu ? Na ścianie wypisana była tajemnicza data 25.03.06 . Ruszyliśmy dalej. Najpierw tama , potem znowu woda , potem kolejna tama i znowu woda. Dotarliśmy do obszernego chodnika, w którym biegły dwie równoległe linie kolei wąskotorowej ,co mogło świadczyć o tym, iż znajdujemy się w którymś z głównych chodników transportowych. Na końcu korytarza torowisko urywało się w ciemnej czeluści - była to znowu gigantyczna komora wydobywcza . Światło latarek czy halogenów nie docierało ani do stropu ani spągu komory, więc zdecydowaliśmy się na odwrót i sprawdzenie kolejnych bocznych chodników jakie widzieliśmy po drodze. W następnym chodniku transportowym sytuacja była podobna. Boczne odgałęzienia torowiska prowadziły do dna komory urobkowej. Kilkadziesiąt metrów dalej podobne odgałęzienia prowadziły już do górnej części kolejnej komory. Znajdowaliśmy się więc pomiędzy gigantyczną pustką wewnątrz góry. Chodnik, którym się przemieszczaliśmy biegł pod dnem jednej z komór i był jednocześnie stropem kolejnej komory znajdującej się poniżej. Nigdy wcześniej u nas w Polsce NIE spotkałem kopalń o podobnej konstrukcji. Przemieszczaliśmy się dalej sprawdzając każdą boczną odnogę, która mogła zaprowadzić nas do dalszych partii systemu. Każdy boczny chodnik wydawał się być zakończony niewielkim zawaliskiem. Na pozór niewielkim, lecz za nim znajdować się mogła 100-metrowa przepaść, więc każdy podchodził ostrożnie do takich miejsc.
W dostępnym odcinku wyrobisk sprawdziliśmy każdą możliwą odnogę , każde boczne odgałęzienie . Po stwierdzeniu, że NIE ma możliwości dotarcia głębiej postanowiliśmy wracać do góry.
Droga powrotna była nieco prostsza, gdyż znaliśmy już trochę teren. Tama , woda , tama , potem znowu woda i kawałki suchych chodników , potem woda , pływanie pontonem i po 2 godzinach znaleźliśmy się na dnie systemu połączonych sztolni upadowych. Upadowymi ruszyliśmy w górę. Przeszliśmy grań zapadliska i z jego dna ruszyliśmy do góry. Znowu mgła ....
Był wieczór. Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że nie jedziemy do knajpki bo wypada skorzystać z zapasów prowiantu jakie zabraliśmy ze sobą. Wieczorem obejrzeliśmy zdjęcia z poprzednich dni , zasmakowaliśmy truskawkowej czy malinowej Finlandii i poszliśmy spać przed kolejnym dniem eksploracji.
Po ciężkim dniu pełnym wrażeń wszyscy spaliśmy jak zabici. Spaliśmy, dopóki do pokoju nie wparował Łukasz i nie zrobił pobudki :-( Kurcze - gdybym tylko miał pod ręką coś ciężkiego , żeby rzucić... Jezu , przecież to był środek nocy.
No i musieliśmy wstawać. Szybkie śniadanie , pakowanie betów do aut. O 9-tej wyjechaliśmy z Zony. Do Zalesia było około 50 km. Kolejna "dziura" czekała już na nasz przyjazd.

 

Kim jest GABOR ?

Pierwsze , co rzuciło nam się w oczy po dojechaniu na miejsce akcji to przenikliwe zimno. Zalesie - malutka wioska przypominająca raczej osadę zlokalizowaną pomiędzy dwoma wzgórzami. Po drodze 2-3 opuszczone domostwa, "lampownia" , las i nic więcej. Przebieraliśmy się w ciuchy jaskiniowe i ruszaliśmy w górę , gdzie znajdował się zalany do niedawna betonem otwór wejściowy sztolni należącej do największej w tym rejonie kopalni uranu. Ciasne wejście prowadziło w głąb systemu chodników poprzez magazyn ładunków wybuchowych. Po drodze tama , zawały , kilka rozgałęzień chodników - wszędzie pozostałości po torowisku i .... przenikliwe zimno - przeciąg.
Po pół godzinnym marszu znaleźliśmy się przy szybie drabinowym prowadzącym do poziomu III, z którego można było dostać się do największej w tej kopalni komory wyrobiskowej o nazwie GABOR.

Szybik miał wymiary około 2,5x 1,5m . Wewnątrz znajdowały się drabiny o różnym stopniu zachowania. Gdzieniegdzie brakowało szczebli, ale nikogo ten szczegół już nie ruszał. Niektóre drabiny opierały się o podesty szybu tylko jedną "nogą" albo wcale. Wewnątrz padał deszcz. Szybik należał do wilgotnych.

Po ścianach i belkach sączyły się spore ilości wody. Na podestach zalegało błoto. Konstrukcja szybu wydawała się jednak być stabilna i umożliwiała przedostanie się niżej. Niżej tzn. do momentu kiedy skończyły się drabiny a do dna zabrakło mniej więcej 20 metrów. Dylematem była kwestia zakładania dodatkowego stanowiska zjazdowego lub też zjazd na linie, która służyła nam do asekurowania zejścia. Lina zamocowana była do sporych rozmiarów głazu zalegającego w chodniku. Natężenie promieniowania wynosiło od 2 do 7 uSv/h. Po 2 godzinach przebywania w kopalni nasze wilgotne ubrania nosiły na sobie dawkę 3-4uSv/h .Zejście na dół odbywało się pojedynczo. Kontakt głosowy był bardzo utrudniony, gdyż dźwięk rozpraszany był w szybie wyjątkowo skutecznie. Pierwsze 3 osoby schodziły na dół ponad godzinę, po czym przed kolejnym zejściem otrzymaliśmy na górze informację o tym , że Krzysiek wychodzi do góry. Sprawa była zastanawiająca. Sądziliśmy, że może coś się stało , obił się gdzieś , odpadł od ściany... Czekaliśmy na górze w uprzężach ,gotowi do zejścia na dół i zjazdu na 3-ci poziom. Zaczynało być naprawdę zimno ! Minęła kolejna godzina, kiedy Krzysiek wyszedł do góry, żeby przekazać nam informacje o tym, co się dzieje niżej. Wiadomości nie były pozytywne. Krzysztof stwierdził , że szyb jest w fatalnym stanie technicznym , mocowania drabin nie są stabilne a z góry wciąż spadają kamienie naruszane przez obciążaną linę - poza tym nikt większy od niego nie zmieści się w przedziale drabinowym. Po usłyszeniu takiej nowinki Grzegorz bez zastanowienia i dalszych wyjaśnień wyskoczył z uprzęży w mgnieniu oka . Kolejna osoba również zrezygnowała z zejścia na dół.

Mimo tego, że prawie wszyscy znamy się od wielu lat , nie znamy do końca swojej psychiki oraz reakcji na niektóre sytuacje . Każdy z nas inaczej odbiera to, co widzi , słyszy - każdy ma inne odczucia. To co dla jednych stanowi poważne zagrożenie - dla innych może nie stanowić żadnego problemu. Przejścia, które jedni traktują jako bezpieczne - inni mogą określić mianem trudnych - taka już jest ludzka psychika. Dzień wcześniej , kiedy przemieszczaliśmy się po grani o szerokości niecałego metra wydawało mi się, że przejście tamtędy z ciężkim workiem jaskiniowym, który co chwile ściągał mnie na boki, jest niebywałym wyczynem. Tak mi się wydawało do czasu, kiedy spostrzegłem że inni pokonują ten odcinek z taką łatwością jak gdyby przemieszczali się po ulicy w swoim rodzinnym mieście. Ja akurat miałem serce w gardle a o pomoc w transportowaniu sprzętu poprosiłem Łukasza. Tym razem w szybie drabinowym Krzysztof miał poczucie zagrożenia i niebezpieczeństwa, mimo że przed nim kilka osób zjechało już na dół.
Postanowiłem więc spróbować. Moje nastawienie psychiczne było takie, że kiedy zaczną się miejsca nazbyt niebezpieczne to wrócę z powrotem do góry. Kiedy lina nie była już obciążona rozpocząłem schodzenie w dół. Ciężki wór na plecach jak zwykle utrudniał obracanie się i przemieszczanie na niewielkich , wąskich podestach przedziału drabinowego. Zejście 8-mioma drabinami zajęło mi prawie 20 minut . Po drodze zwracałem uwagę na każdy szczegół konstrukcyjny szybu. Z góry wciąż kapała woda , po ścianach i belkach sączyło się błoto tak więc zanim dotarłem do ostatniej drabiny byłem już mokry.
Przepinka do zjazdu nie zajęła zbyt dużo czasu. Lina była już na tyle mokra i zabłocona że podczas przeciągania przez rolkę zjazd odbywał się "skokowo" obciążając mocno linę w momencie przejścia przez rolki ślizgowe. Obciążona pod ciężarem zjeżdżających ludzi lina dosłownie przecinała pod wpływem tarcia drewniane podesty przedziału drabinowego.

Posypało się kilka kamyków , gdzieś tam 20m wyżej coś stuknęło... w końcu byłem już na dole. Na dnie szybu znajdowało się zawalisko, w którego skład wchodziły głównie deski z podestów oraz szczątki drabin z wyższych partii szybu. Trzeba było przecisnąć się wąską szczeliną pomiędzy wystającymi po 1,5m do góry szczątkami drabin, aby dostać się do chodnika. W końcu się udało. Ruszyliśmy w 4-osobowym składzie w stronę usytuowanej gdzieś tam w głębi kopalni komory wydobywczej GABOR. Plan chodników, jakim dysponowaliśmy idealnie odpowiadał rzeczywistemu przebiegowi poszczególnych sztolni. Mijaliśmy kilka rozwidleń korytarzy , zalanych wodą chodników, aż w końcu dotarliśmy do skrzyżowania 5-ciu sztolni, z których jedna miała prowadzić wprost do GABORA. Rozbudowany labirynt chodników uniemożliwiłby dojście do tego miejsca bez szczegółowych map systemu. Po drodze wiele chodników zakończonych było zawałami , inne prowadziły do przodków , zasypanych sztolni upadowych lub też zalanych wodą szybów międzypoziomowych. Przed nami znajdował się prosty , krótki chodnik zakończony rozbitą, drewnianą tamą na końcu. Za tamą rozpościerała się ogromna pusta przestrzeń podobna do tych w kopalni na Żebraczce. Słychać było dźwięki kapiącej, niczym obfity deszcz, wody. Zapaliliśmy halogeny, ale z trudem oświetliły one wnętrze komory. Dno wypełnione było wodą. Widok przypominał niewielkie jezioro podczas silnej ulewy. Odległość od końca chodnika, w którym się znajdowaliśmy a lustrem wody wynosiła mniej więcej 10m. Znajdowaliśmy się w górnej części sali. Na końcu przeciwległej ściany widać było wloty chodników transportowych. W innym końcu sali widoczne były pod samym stropem zsypy urobkowe. Komora na pierwszy rzut oka wydawała się tak naprawdę niewielka. Jej wielkość ograniczała woda wypełniająca dno. Kopania jest zalana od poziomu 4 w dół. Dno GABORA to akurat poziomy 4 i 5 więc wniosek był taki że większa część gigantycznej komory znajduje się po prostu pod wodą. Nie mieliśmy liny , żeby opuścić na dół ponton. Nie mieliśmy też parasola , który naprawdę okazałby się potrzebny podczas wizyty u GABORA. Po wykonaniu serii zdjęć zarządziliśmy odwrót.

Droga powrotna jak zwykle wydawała się być prostsza. Przedzieraliśmy się przez zawały , przemieszczaliśmy się chodnikami wypełnionymi wodą .... Tam gdzie zachodziła potrzeba Łukasz przenosił kolegów, którzy nie mieli kaloszy. Kurde - ten facet , to ma zdrowie - pomyślałem sobie.... parę sekund później wraz z Maćkiem na plecach zażywali kąpieli w lodowatej , sztolniowej wodzie. Przykra sprawa. Droga w jedną stronę zawsze jest prosta. Niezmącona , krystalicznie czysta woda umożliwia dokładną ocenę tego, co znajduje się na dnie. Po jednym tylko przejściu woda robi się mętna na kilka dni maskując pod sobą pułapki czyhające na dnie chodników . To też było bezpośrednią przyczyną wywrotki kolegów. Całe szczęście , że skończyło się TYLKO kąpielą !!!
Po wyjściu szybem drabinowym na górę i tak wszyscy byliśmy mokrzy. Bez względu na to czy ktoś się skąpał czy nie - podziemne deszcze - zwłaszcza te występujące w szybie sprawiły, że wszyscy i wszystko było mokre. Do góry wychodziłem po linie jako pierwszy starając się zminimalizować nagłe naprężenia liny. Woda wlewała się powoli do rękawów , za kołnierz.... no cóż. W domu nie doświadczamy takich przyjemności. Łączność radiowa w szybie niestety zawiodła. Znowu zaczęliśmy nawoływać się nawzajem. Wychodziliśmy jeden po drugim do góry. Kiedy wyszła ostatnia osoba byłem już prawie skostniały z zimna. Ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Po drodze robiło się oczywiście coraz chłodniej. Na zewnątrz wiał lekki zimny wiatr. Temperatura była zbliżona do zera.

Wszędzie dookoła leżał śnieg. Trzeba było jeszcze tylko rozebrać się , zrzucić mokre ciuchy i to wszystko.
Akcja zakończyła się powodzeniem. Gabor pokazał nam czym naprawdę jest - nie robił przy tym większych problemów.
W Zalesiu przyszło nam się rozstać. Część ekipy pojechała w stronę Sosnowca i Warszawy - my wracaliśmy w nocy przez Wrocław , Gdynię - do Olsztyna. Po drodze sypał śnieg , padał deszcz, ale to wszystko było NICZYM w porównaniu do oblodzonego i pokrytego śniegiem i lodem zapadliska Żebraczki czy podziemnego deszczu w komorze GABOR.
Po powrocie do domu zmierzyłem "geigerem" wypełnioną sprzętem alpinistyczym i mokrymi ubraniami wannę. Wskazywał jeszcze 2-3 uSV/h.

 

 

Adam Wojcieszonek