Szanowni Koledzy.
Prace wydobywcze prowadzone metodami odkrywkowymi na terenie kopalni Konstanty przesuwają się bardzo szybko w stronę nieczynnych wyrobisk górniczych. Fakt ten stanowi poważne zagrożenie dla osób penetrujących te wyrobiska na własną rękę bez stosownych zezwoleń. Na terenie Zakładu Magnezytowego prowadzone są strzelania za pomocą silnych materiałów wybuchowych , które w poważnym stopniu naruszają strukturę nieczynnego ,podziemnego systemu kopalni. Samowolne zapuszczanie się w głąb systemu chodników spowodować może poważny uszczerbek na zdrowiu , trwałe kalectwo lub nawet śmierć w wyniku uszkodzeń struktury chodników .

 

 

Ekspedycja " SALAMANDER " 2004

 

Od czego się zaczęło ?

Dawno , dawno temu ( za górami , za lasami) - ponad półtora roku - a może i jeszcze wcześniej , na starym forum PKE pojawił się post dotyczący dwóch interesujących obiektów górniczych znajdujących się na Dolnym Śląsku. Tematem były owiane tajemnicą od czasu zakończenia II Wojny Światowej kopalnie Wacław i Konstanty. Wątek cieszył się sporym zainteresowaniem a wypowiadający się tam ludzie wymieniali swoje poglądy oraz doświadczenia w eksplorowaniu tych miejsc. Po przeszło roku burzliwej niekiedy wymiany informacji powstał plan zorganizowania wspólnej wyprawy do tych właśnie kopalń. Organizacji tego przedsięwzięcia podjęło się dwóch śmiałków - Mariusz oraz Łukasz. Projekt wyprawy wyjątkowo szybko spotkał się ze sporym entuzjazmem, a organizatorzy szybko ustalili plan wyprawy , termin oraz miejsce spotkania.
Czas wyjazdu ustalono na 24 września 2004, kiedy planowaliśmy akurat dłuższy pobyt w jednej z kopalni w Głuchołazach. Forum , gdzie organizowała się wyprawa do kopalń Wacław i Konstanty odwiedzałem prawie codziennie. Ponieważ "Wacław" leżał również w kręgach moich zainteresowań , po dłuższym namyśle zdecydowałem się na małą zmianę planów i odwołałem swoje uczestnictwo w wyprawie do Głuchłoaz próbując jednocześnie zainteresować kilku najbliższych przyjaciół tajemnicami kopalni Wenceslauss .
Ponieważ najbardziej konkretnych eksploratorów nie trzeba była długo namawiać , więc wyjątkowo szybko wraz z Grześkiem i Krzyśkiem zrobiliśmy wstępny plan wyjazdu na Dolny Śląsk 23 września - ot tak troszkę wcześniej, żeby zdążyć na spotkanie grupy Mariusza i Łukasza .
Grzesiek wyjechał z Olsztyna po pracy i jak zwykle punktualnie zjawił się u mnie w Gdańsku . Pociągiem ze Szczecina dojechał w tym czasie Krzysiek i tuż po tym jak podaliśmy sobie ręce na powitanie okazało się , że ....
No właśnie. Mieliśmy tyle sprzętu , bagaży , prowiantu , że w aucie właściwie nie było dla nas miejsca. Wcześniej zrezygnowałem już z opcji zabrania na wyprawę pontonu , który niejednokrotnie w kopalniach, a zwłaszcza w Wacławie jest niezbędny. Mieliśmy tylko najpotrzebniejszy sprzęt alpinistyczny , biwakowy , prowiant oraz gitarę, bez której żadna akcja turystyczna czy eksploracyjna nie ma szans na powodzenie.
Bety upychaliśmy do samochodu dobre pół godziny. Sytuacja była moim zdaniem beznadziejna, ale po wypełnieniu bagażami dosłownie każdej wolnej przestrzeni samochodu Krzysiek z uśmiechem na ustach stwierdził że jest wszystko OK i gdyby trzeba było, to upchał by do auta jeszcze raz tyle. No i pojechaliśmy .....
Po przeszło siedmiu godzinach wyścigu udało nam się dojechać do jednego z ulubionych miejsc biwakowych - Twierdzy Srebrnogórskiej. Jako bazę noclegową wybraliśmy Małego Chochoła - niewielki fort zwany potocznie Słomianą Czepcą, zlokalizowany w bezpiecznej odległości od miejsc uczęszczanych przez turystów.
biwak na Malym ChocholePlanowaliśmy się dobrze wyspać przed przyszlą wyprawą do kopalni Konstanty , ale wcześnie rano jakoś dziwnym trafem poderwało nas coś na nogi i po szybkim śniadaniu wybraliśmy się z Krzyśkiem do położonych niedaleko sąsiednich fortów.
Dawne budowle obronne w pobliżu Słomianej Czepcy zainteresowały nas na tyle , że postanowiliśmy obejść je dookoła i okrężną drogą wrócić do naszego miejsca biwaku ale .....
Ale dziwnym trafem znaleźliśmy się na drodze prowadzącej w kierunku Wielkiej Sowy i omal nie zabłądziliśmy w gęstwinie pojawiającej się szybko mgły przerywanej chwilowymi opadami deszczu.
W drodze powrotnej zadzwonił Kazik , który właśnie dojechał do Srebrnej Góry i oczekiwał na mnie u podnóża Donjona na Drodze Pod Fortami.
Po prawie trzech godzinach przedzierania się przez mokre od deszczu chaszcze, przemoczeni dotarliśmy na Przełęcz Srebrną . Dalej już w towarzystwie Kazika postanowiliśmy odwiedzić jedną ze sztolni, znajdującą się u podnóża fortu Ostróg a następnie wróciliśmy do kazamat Słomianej Czepcy na śniadanie. Przed wyjazdem ze Srebrnej Góry odwiedziliśmy jeszcze kazamaty fortu głównego i ruszyliśmy w kierunku dworca PKP w Ząbkowicach Śląskich , gdzie o godzinie 16-ej przewidziane było spotkanie grupy Mariusza i Łukasza oraz wyprawa do kopalni.
Dojechaliśmy oczywiście grubo przed czasem licząc na to, że ekipa z całej Polski będzie w punkcie spotkania już nieco wcześniej ze względu na nie zawsze pasujące połączenia kolejowe. Tak jednak nie było. Po skonsumowaniu w przydworcowym barze gorącej zupy oraz podobnych potraw o bliżej nieokreślonej konsystencji wypatrywaliśmy przez okno knajpki eksploratorów mających przybyć na spotkanie. Spodziewaliśmy się ludzi z ogromnymi plecakami (takimi jak nasze) , raczej " na wojskowo" ubranych , z czołówkami , łopatami , kilofami i innym sprzętem przydatnym podczas eksploracji kopalń. Wypatrywaliśmy dosyć długo , bo jeszcze prawie godzinę po terminie umówionego spotkania. Po 16-tej dojechał Kazik , przybył również Michał, Artur i Łukasz wraz z Moniką. Wciąż jednak nie było Mariusza , który jako jeden z organizatorów wyprawy planował przedostanie się do podszybia Kunegundy w kopalni Wacław. Dziwnym trafem okazało się że nikt tego gościa właściwie nie zna , ani nie ma z nim żadnego kontaktu.
Tak więc początek ekspedycji wyglądał niewesoło. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy dać jeszcze 15 minut czasu eksploratorom , którzy z różnych powodów mogą spóźnić się więcej niż 2 godziny. Takich jednak nie było. Ostatecznie skład ekipy wyglądał następująco: Monika i Łukasz (Warszawa) - organizatorzy ekspedycji , Michał (Kraków) , Artur (?) , Grzegorz (Olsztyn) , Krzysztof (Szczecin) , Kazik (Gdynia) i ja z Gdańska. Ruszyliśmy na podbój braszowickiej kopalni.


Trochę historii

Złoża magnezytu zalegające w masywie grochowskim eksploatowane są już od roku 1917. Wtedy też powstała tam pierwsza kopalnia szybowo-sztolniowa o nazwie Konstanty dostarczająca magnezyt z przeznaczeniem dla przetwórstwa hutniczego. Rozkwit wydobycia rozpoczął się w roku 1920 , kiedy to wzrosło zapotrzebowanie na magnezyt kaustyczny oraz jego pochodne stosowane do produkcji nawozów sztucznych. Po zakończeniu II Wojny Światowej produkcja i wydobycie kontynuowane było do końca lat 80-tych . Najciekawszym a jednocześnie najsłabiej poznanym okresem funkcjonowania kopalni był okres trwania II Wojny Światowej , kiedy to Niemcy w trosce o bezpieczeństwo funkcjonujących zakładów zbrojeniowych przenosili stopniową tą dziedzinę przemysłu do miejsc , którym nie mogły zagrozić naloty alianckie . Takimi miejscami były głównie istniejące już obiekty górnicze. W przypadku kopalni Konstanty na produkcję zbrojeniową planowano zaadoptować dwa z funkcjonujących wtedy poziomów wydobywczych . Z istniejących dokumentów wynika jednoznacznie iż produkcja zorganizowana została jedynie w niewielkiej części trzeciego poziomu kopalni ze względu na pośpiech spowodowany zbliżającym się nieubłagalnie zakończeniem wojny. Prace produkcyjne prowadziła początkowo jedna z firm mająca swoją siedzibę w Bohum i dostarczająca osprzęt do silników lotniczych. W późniejszym okresie pieczę nad podziemną fabryką przejęła Organizacja Todt-a , która siłami jeńców polskich i rosyjskich rozszerzyła zakres produkcji o podzespoły stosowane przetwórstwie paliwowym. Zachowane do dzisiaj dokumenty informują o wytwarzaniu elementów oraz urządzeń o kodach : SK8U , 7734DF oraz serii 2265DK będącej najprawdopodobniej elementami silników lotniczych. Kopalnia wg. niemieckich kodów obiektów produkcyjnych funkcjonowała pod kryptonimem " SALAMANDER" a pełna nazwa obiektu funkcjonująca w dokumentach Organizacji Tdodt-a brzmiała "KONSTANTIN" Der Grube Bohum Schachtanalage II. Do dnia dzisiejszego pełna struktura tego zakładu produkcyjnego nie została dokładnie poznana . Wiadomo jedynie , że w roku 1944 pełną parą pracowało 6 w pełni wyposażonych hal produkcyjnych. Jednym z ciekawszych dokumentów , jaki dostępny jest w archiwum CAW jest raport Anatolija Karpowa z wizji lokalnej obiektu jaka miała miejsce w marcu 1947 , czyli już w okresie powojennym. Wtedy też po raz pierwszy specsłużby polskie i rosyjskie penetrowały kopalnię. Karpow opisuje sytuację kilkugodzinnego błądzenia po kopalnianych chodnikach w poszukiwaniu produkcyjnej części kopalni. Powodem szukania ów miejsca "od wewnątrz" mogło być jedynie to , iż Niemcy opuszczając obiekt wyadzili istniejące wtedy wejścia. W kolejnych fragmentach raportu możemy przeczytać o tym , że ekspedycja natrafiła pośród chodników wykutych w litej skale na betonowe schody prowadzące do góry w kierunku północno-zachodnim. Po wejściu na górę miał rozegrać się dramat podczas którego wybuch zainstalowanych gdzieś ładunków wybuchowych - pułapek pogrzebał z zwałach gruzu część ekipy.
Dzisiaj po wielu latach trudno jest ocenić , które pomieszczenia funkcjonowały niegdyś jako produkcyjne, a które z nich do takiego charakteru były dopiero przystosowywane. Można jedynie mieć nadzieję , że badania prowadzone obecnie przez ludzi interesujących się losami obiektu przyniosą odpowiedzi na zadawane często pytania poruszające temat struktury fabryki.
Obecnie kopalnia funkcjonuje jako Zakład Magnezytowy "Grochów" Sp. z o.o. a złoże eksploatowane jest metodami odkrywkowymi niszcząc jednocześnie z dnia na dzień to , co kryją niezbadane sztolnie Salamandra.


Początek akcji.

Do Braszowic dojechaliśmy około godziny 18-tej. Natychmiast po przyjeździe rozpoczęła się wizja lokalna terenu mająca na celu techniczne przygotowanie wejścia do obiektu. Jednym z założeń ekspedycji było dotarcie do wnętrza kopalni 45-metrowym szybem , gdyż było to rozwiązanie najpewniejsze . Pod tym właśnie kątem staraliśmy się przygotować początek akcji. Większość sprzętu dostarczyliśmy do otworu wlotowego piekielnej czeluści zabezpieczonej jedynie niezamkniętą kratą. pokrywa szybu wejsciowegoPonieważ szybko zapadał zmrok usiłowaliśmy oświetlić reflektorami wnętrze szybu licząc na to, że promienie światła dotrą do samego dna. Niestety 11 piętrowa dziura w ziemi zlokalizowana w szczerym polu nie chciała od razu odsłonić swoich tajemnic. Szyb łączący jeden z poziomów kopalni z powierzchnią ziemi posiadał niegdyś drabinę , którą można było dostać się na dół. Obecnie drabina ta w wyniku postępującej korozji wyrwała się z punktów mocowania i opadła na dno szybu blokując częściowo dostęp do podszybia. Nasze obawy budziły fragmenty drabiny zwisające bezwładnie przy otworze wejściowym oraz na 15-tym metrze głębokości .
Na dół zdecydowało się zjechać 6 osób. Jako pierwszy nad otworem szybu zawisnął Łukasz (DAREDEVIL) - człowiek nie znający strachu , podczas naszej ekspedycji przygotowany na wszystko. Ponieważ nie była to jego pierwsza wyprawa do tego obiektu ,strukturę szybu znał najlepiej z nas. Łukasz szybko ocenił stan podszybia, w którym zalegały szczątki połamanej drabiny. Przenikliwe zimno panujące u góry spowodowało , że wszyscy narzucili szybsze tempo pakowania sprzętu , który planowaliśmy opuścić w olbrzymim worze transportowym wypchanym po same brzegi. Na mnie wypadła następna kolej do zjazdu. Kamień spadł mi z serca kiedy wreszcie uciekłem od przenikliwego zimna panującego tam na górze.
W następnej kolejności na dole znalazła się Monika - jedyna w naszym zespole kobieta, doskonale przygotowana do akcji i obyta z trudami eksplorowania podziemnych kopalni. Kiedy przyszła kolej na opuszczanie plecaków okazało się niespodziewanie , że lina zahaczyła się o fragmenty drabiny leżące mniej więcej 8m od dna szybu.szyb widoczny od doluTu z pomocą przyszedł Grzesiek , który wisząc dość długo na wysokości zaklinowanej drabiny cierpliwie pomagał przepychać niezliczone ilości naszego sprzętu. Niestety nie wszystkie plecaki dotarły na dół w całości, ale trwający około 3 godzin transport sprzętu sprawił, iż nikt nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. Jako ostatni do szybu zjechał Kazik oraz Krzysztof. Krzysiek, jako doświadczony eksplorator, migiem znalazł się na dole . W przypadku Kazika koniecznie chciałbym wspomnieć, że był to jego debiut w zjazdach linowych , który wykonał szybko, sprawnie i fachowo. Chwilami nawet się zastanawiałem, czy aby nie robił tego wcześniej.
Podszybie było niewielkim pomieszczeniem, z którego odchodziły w 2 strony chodniki kopalni. Z jednej strony chodnik posiadał niewielki zawał punktowy a dostępu do drugiej sztolni broniła solidna, zamknięta stalowa krata . Nie bez powodu byliśmy wyposażeni w zestaw "kluczy uniwersalnych", dzięki któremu sforsowanie kraty zajęło zaledwie kilka minut , po czym mijając stację pomiarową powietrza ruszyliśmy wszyscy do miejsca naszego biwaku . Bazę wypadową na najbliższe dni pobytu w kopalni zorganizowaliśmy sobie w najbardziej chyba przytulnym miejscu, jakim okazały się magazyny ładunków strzałowych. Niewielka nisza stała się naszą sypialnią o niespotykanych dotychczas walorach użytkowych i zastąpiła hotel najwyższej klasy. Ze względu na głód jaki panował wśród uczestników po mozolnym transportowaniu sprzętu, kuchnia zorganizowana została na poczekaniu - na środku chodnika tuż przy linii wąskotorowej kolei podziemnej.
Na kolejny dzień zaplanowaliśmy dotarcie do najniższego poziomu kopalni. Tuż po śniadaniu spakowaliśmy niezbędny sprzęt i udaliśmy się w kierunku sztolni upadowej łączącej 2 poziomy kopalni. Upadowa okazała się wyjątkowo "przyjazna" dla naszego towarzystwa . Patrząc z góry przypominała głęboki ,wulkaniczny lej w ziemi opadający pod kątem 45 stopni w dół. Dla zabezpieczenia zejścia i powrotu do góry zaporęczowaliśmy linę i ruszyliśmy na dół. Początkowo dało się schodzić stojąc na nogach , lecz szybko znaleźliśmy punkt , gdzie obsypujący się piach zasypał chodnik sztolni aż po sam strop. Na szczęście udało się zepchnąć zawalisko ziemne do niższych partii upadowej. Umożliwiło nam po położeniu się na plecach wślizgnięcie się dalej wąską szczeliną pomiędzy zawaliskiem a górną częścią chodnika. Zjazd było dosyć długi, gdyż długość sztolni wynosiła grubo ponad 60m lecz szybko dotarliśmy do niższego poziomu kopalni.nasza baza biwakowaGmatwanina korytarzy zmusiła nas do rysowania szkicu chodników, aby w drodze powrotnej nie błądzić kilkakrotnie w tym samym miejscu. Najpierw udaliśmy się do krótkiej poterny odchodzącej w bok od głównego chodnika kopalni . Wejście do poterny zagrodzone było solidną kratą, za którą ujrzeliśmy wypełniony wodą szyb międzypoziomowy. Woda wypełniająca go aż po same brzegi była krystalicznie czysta i po oświetleniu otworu latarkami mogliśmy zajrzeć w głąb otworu. Po krókiej chwili dla reporterów ruszyliśmy dalej w kierunku kolejnego szybu oddalonego około 800m. Szyb ten jako jedyny chyba zachował resztki drewnianej konstrukcji. Niestety okazało się , że dotarcie nim na dół do kolejnego poziomu chodników wymaga zainstalowania stanowiska zjazdowego. Postanowiliśmy więc wrocić na górę i po odpowiednim przygotowaniu się do eksploracji podjąć kolejną próbę dostania się na dół. Powrót do góry mrocznymi chodnikami kopalni trwał mniej więcej 3 razy tyle, ile zająło nam zejście na dół. Kiedy dotarliśmy więc do naszej bazy wypadowej nikt już nie myślał o ponownym schodzeniu na dół tego samego dnia. Obfity obiad i krótki odpoczynek zapoczątkował chęć posiadania w kopalni własnego środka transportu ułatwiającego przemieszczanie się. Długo nie trzeba było szukać, gdyż w odległości 300m od naszej bazy znaleźliśmy 2 wagony do transportu urobku oraz materiałów wybuchowych. Szybki przegląd techniczny układu jezdnego sprawił, iż niektóre odcinki kopalni mogliśmy pokonywać później własnym środkiem transportu. Następnego dnia kolejną wyprawę do najniższego poziomu kopalni rozpoczęliśmy od zgromadzenia odpowiednich zasobów lin oraz sprzętu alpinistycznego. Pochyła sztolnia upadowa za drugim razem okazala się zwykłą "bułką z masłem" i po dotarciu nią do głównego chodnika ruszyliśmy jedno za drugim niczym skrzaty w daleką drogę, do miejsca gdzie podczas II Wojny Światowej Niemcy prowadzili produkcję zbrojeniową.
Tym razem - za drugim podejściem pokonanie 10 metrowego szybu międzypoziomowego nie stanowiło dla nas większego problemu. Wkrótce po przejściu kilkudziesięciu metrów chodnika wykutego w litej skale dotarliśmy do betonowych schodów prowadzących w górę.
srodek transportu , ktorym sie przemieszczalismyNiestety ich kierunek był przeciwny do tego , jaki w swoich sprwozdaniach opisywał Karpow. Niższy poziom kopalni składał się głównie z plątaniny olbrzymich komór i hal długości kilkunastu metrów i w niektórych przypadkach wysokości dochodzącej nawet do 8m. Każda z komór miała na końcu sporych rozmiarów zawaliska , w gruzach których ledwo udało nam się odnajdywać szczeliny którymi przeciskaliśmy się do dalszych partii systemu. Po około godzinie błądzenia , kiedy nawet Krzysiek rysujący mapę pogubił się już w przebiegu chodników dotarliśmy do kilkudziesięciometrowej hali. W jej środkowej części stały fundamenty pod maszyny i urządzenia a pod stropem chodnika widoczne były fragmenty torów kablowych zasilających niegdyś pracujące tu urządzenia. Hala zakończona była wysokim łukiem ceglanym, za którym znajdowało się obszerne zawalisko. Kolejne godziny penetracji nieregularnych chodników kopalni sprawiały , że aby nie zabłądzić przemieszczaliśmy się grzecznie za Łukaszem, który był naszym przewodnikiem. Drugą połowę dnia a właściwie i część nocy zajął nam powrót do góry . Następne dni rezydowania w Konstantym zaowocowały odnalezieniem kilku ciekawych miejsc nad których przeznaczeniem do dziś się zatanawiam oraz zlokalizowaniem i udrożnieniem sztolni prowadzącej do wyjscia i mającej swój wylot na jednej ze ścian kamieniołomu. Najgorszym dniem okazał się jak zwykle ten, w którym trzeba było wyjść na powierzchnię i przystosować szybko do panującej tam nudnej, szarej rzeczywistości.betonowe schody gdzies na trzecim poziomie kopalniSprzęt i podręczne bagaże zapakowaliśmy ciasno na jeden z wagonów górniczych i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Postępujące eksploatowanie kamieniołomu sprawiło, iż nie było łatwą sprawą wydostanie się z niego . Wyjście utrudniały znacznie ciężkie plecaki i worki ze sprzętem alpinistycznym. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie można było podjechać samochodem . Pakowanie się zajęło prawie godzinę czasu, następnie po krótkiej wizycie u Pana Staszka wyjechaliśmy z Baumgarten w stronę Ludwikowic Kłodzkich do kolejnego punktu wyprawy jakim była kopalnia Wacław.

 

Gdzie organizator ?

Już pierwsze godziny pobytu na terenie kopalni Wacław ujawniły, że większość szybów wejściowych jest pozamykana. Właściwie wszyscy się tego spodziewalimy, lecz tą częścią ekspedycji miał pokierować właśnie Mariusz znający rzekomo drożne wejście na dół . Mariusz niestety się nie zjawił. Z wcześniejszych kontaktów z ów osobnikiem wynikało, że planuje on wejście gdzieś w okolicach obecnego szybu Adolf. Udaliśmy się więc w tamtym kierunku i po znalezieniu otworu wlotowego okazało się, iż jest on zamknięty. I to był koniec eksploracji Wacława. Tu znaczna część grupy poczyniła odpowiednie przygotowania do drogi powrotnej do domu. Rozstaliśmy się z Moniką , Łukaszem i Kazikiem, którzy ruszyli w stronę Warszawy.hala produkcyjna ???Biorąc pod uwagę przewidywany termin całej wprawy nie przekroczyliśmy nawet półmetka, wiec po krótkim podsumowaniu sytuacji i wyciągnięciu wniosków , że najwięksi twardziele zostają do końca, ruszyliśmy gdzieś w Góry Sowie.
Kolejne dni mijały nam na luźnym biwakowaniu w Sowiogórskich lasach , filmowaniu i fotografowaniu tego , co w okolicach najciekawsze. W tym czasie odwiedziliśmy kompleks Gontowa, trzecią sztolnię Osówki , sprawdziliśmy przejezdność górskich dróg , których nie było na mapach i spotkaliśmy się z przedstawicielem Wałbrzyskiej Grupy Sztolniowej - Coldboyem , który niestety nie dysponował odpowiednimi zapasami czasu, aby wybrać się z nami do paru ciekawych miejsc , które braliśmy pod uwagę podczas tego pobytu na Dolnym Śląku.

 

Zakończenie

Kolejnego dnia zapadła szybka decyzja, aby pojechać do Czech - i tak też zrobiliśmy. Kilka godzin podróży zaowocowało zwiedzeniem Grupy Warownej Bouda , zakupieniem odpowiednich trunków po rozsądnych cenach i .....
I uszkodzeniem instalacji gazowej w samochodzie. Następnym punktem programu były odwiedziny w kopalni rud polimetalicznych w Radzimowicach. Kiedy wiec wyjechaliśmy z Wałbrzycha kierując się na Bolków okazało się, że Radzimowice to taka maleńka wioska , której nawet nie ma na mapach, którymi dysponowaliśmy. Na szczęście z pomocą przyszła nam LadyMoon , która telefonicznie wskazała nam drogę do tej malowniczej wioski, położonej w Górach Kaczawskich.
... przed wyjazdem z kopalni  KonstantyOtwór szybu zlokalizowaliśmy wyjątkowo szybko. Fart sprawił, że od razu za pierwszym podejściem udaliśmy się we właściwym kierunku. Szyb położony jest w małym zagajniku, nieopodal hałdy urobku co czyni go dobrze widocznym z drogi oraz umożliwia dojazd samochodzem do samego otworu wlotowego.
Otwór zabezpieczony jest solidną kratą , której niewielka cześć zamocowana na zawiasach umożliwia otwarcie klapy i wejście do środka.
Po obiedzie zamocowaliśmy stanowisko zjazdowe i ruszyliśmy w dół na pierwszy poziom kopalni. Wbrew moim oczekiwaniom okazał się on wyjątkowo mały i ciasny. Zjeżdzając szybem głównym po około 35 metrach widoczny jest niewielki balkon, od którego odchodzi poziomy chodnik oraz pionowy szybik miedzypoziomowy prowadzący 15m niżej do kolejnego poziomu. Zwiedzanie nie trwało zbyt długo, gdyż długość chodników nie przekraczala 150m. Penetrację kolejnych poziomów odłożyliśmy na kolejne wyprawy w tamte rejony.
W drodze powrotnej - zgodnie z teorią, iż "wszystkie drogi prowadzą na MRU" zatrzymaliśmy się na nocleg w ogromenj hali, nieopodal głownego wjazdu A64.
I tak nasza ekspedycja dobiegla końca.

W krótce będą następne ......

 

 

 

 

Tekst oraz materiał filmowy: Adam Wojcieszonek
Zdjecia: Kazik Niecikowki

 

 

Szanowni Koledzy.
Prace wydobywcze prowadzone metodami odkrywkowymi na terenie kopalni Konstanty przesuwają się bardzo szybko w stronę nieczynnych wyrobisk górniczych. Fakt ten stanowi poważne zagrożenie dla osób penetrujących te wyrobiska na własną rękę bez stosownych zezwoleń. Na terenie Zakładu Magnezytowego prowadzone są strzelania za pomocą silnych materiałów wybuchowych , które w poważnym stopniu naruszają strukturę nieczynnego ,podziemnego systemu kopalni. Samowolne zapuszczanie się w głąb systemu chodników spowodować może poważny uszczerbek na zdrowiu , trwałe kalectwo lub nawet śmierć w wyniku uszkodzeń struktury chodników .

 

**** Zapraszam również do obejrzenia galerii zdjęć . ****